Demokracja nie jest ustrojem doskonałym. Może być sprawna i inspirująca, może też być kulejąca, a nawet pozorna. Siła i sprawność demokracji zależy przede wszystkim od stopnia zaangażowania obywateli w sprawy publiczne. Jednym z bardzo prostych i wiarygodnych mierników zaangażowania się obywateli w sprawy publiczne jest frekwencja wyborcza. Niska frekwencja wyborcza świadczy o utracie przez obywateli wiary w możliwość skutecznego wpływania na sprawy państwa.
Możemy więc:
Spis treści
Kto rządzi Polską: Polacy, czy liderzy partii politycznych?
Możemy w wolnych wyborach wybrać nowy Sejm. Nowy Sejm, który będzie jeszcze gorszy od poprzedniego. Sejm, w którym PiS nie będzie mógł porozumieć się z PO, aby utworzyć spójny, stabilny i sprawnie pracujący rząd, a PO będzie miało takie same trudności w uzgodnieniu swojego programu z programem LiDu.
W tym nowo wybranym Sejmie ci sami liderzy tych samych ugrupowań politycznych popierani przez te same gremia partyjne - zamiast pracować nad istotnymi dla kraju i długotrwałymi rozwiązaniami - będą mogli tak, jak dotychczas obrzucać się inwektywami, szukać na siebie haków i wyolbrzymiać każde nieznaczne nawet potknięcie innych, a nie swoje własne.
Jakie mamy możliwości wpływania na losy kraju, my - wyborcy? Teoretycznie bardzo duże, a praktycznie niewielkie.
Po pierwsze: tak samo, jak i w poprzednich wyborach, nie mamy żadnej gwarancji, że partie polityczne wystawią rzeczywiście najlepszych swoich ludzi na kandydatów na posłów i że nie będzie wśród nich zwykłych karierowiczów mających na uwadze tylko swoje własne interesy.
Po drugie: nie mamy też żadnej gwarancji, że z zaproponowanych nam kandydatów wybierzemy najlepszych, a nie najgorszych. Możemy przecież ponownie wybrać posłów, którzy będą natarczywie i zawzięcie krytykować nawet najlepsze propozycje swoich rzeczywistych i wyimaginowanych adwersarzy politycznych, zamiast szukać z nimi porozumienia i kompromisu.
Nowo wybrany Sejm może być zatem nie tylko wierną repliką poprzedniego Sejmu, ale i jego gorszą wersją.
Czy jesteśmy skazani na ponowny udział w wyborach do Sejmu i na dokonywanie wyborów - jeżeli nawet nie najgorszych - to takich, których po roku będziemy żałować?
Czy musimy pozwalać się ogłupiać w przedwyborczej szamotaninie i poddawać terrorowi billboardów, reklam telewizyjnych oraz naiwnych i tanich haseł wymyślanych przez partyjnych specjalistów od politycznego marketingu?
Nie musimy! Jako wyborcy możemy zadbać o to, aby mieć możliwość dokonywania wyborów rozumnych i dobrze przemyślanych oraz zgodnych z własnym sumieniem. Aby nasze wybory były rozważne i przemyślane musimy przede wszystkim określić nasze wymagania w stosunku do kandydatów na posłów oraz przyznać sami sobie większe uprawnienia wyborcze i z uprawnień tych skorzystać.
Przyjmujemy zatem, że kandydatem na posła może być tylko osoba, która:
Aby wybrać posłów, którzy będą w stanie spełnić te wymagania i sprostać swoim obowiązkom, będziemy musieli jako wyborcy przyjąć, a przede wszystkim zastosować odpowiedzialnie zmienioną nieco formułę wyborczą: <>Głosuj tylko na kompetentnego i uczciwego kandydata na posła - a jeżeli mimo swoich najlepszych chęci nie znajdziesz takiego - to skreśl najgorszego Twoim zdaniem kandydata.
Mówiąc prosto: jeżeli nie wiesz na kogo głosować, to głosuj przeciw najgorszemu kandydatowi na posła.
Zgodnie z tą formułą nie wprowadzamy żadnych zmian w zasadach wyboru na posłów i senatorów, ponieważ decydować będą wyłącznie głosy oddane za. Natomiast głosy oddane przeciw będą miały znaczącą wartość informacyjną.
System, który uznaje głosy wyborców oddane przeciw dowolnemu kandydatowi dowolnego ugrupowania politycznego nakłoni do udziału w wyborach tych wyborców (około 40% wyborców), którzy w wyborach udziału nie biorą. Nie wszyscy będą głosować przeciw, znacznie więcej zdecyduje się na głosowanie za. System ten nie tylko zwiększa nasze uprawnienia wyborcze, ale i poszerza naszą wiedzę o stosunku wyborców do poszczególnych kandydatów oraz partii politycznych.
Domagamy się też, aby:
kolejność kandydatów na listach wyborczych partii politycznych była określana losowo, a nie była ustalana przez gremia partyjne.
Losowy układ nazwisk kandydatów na posłów na listach wyborczych już na wstępie utemperuje przesadne ambicje wielu polityków i zmusi wszystkich kandydatów na posłów do zabiegania o głosy wyborców. Natomiast wyborców nakłoni do zastanowienia się, który z kandydatów może najlepiej wykonywać poselskie obowiązki.
Nikt nie może nam wyborcom zabronić głosowania i korzystania ze skreśleń, a szczególnie skreślania czołowych kandydatów tych partii, które przygotują swoje listy wyborcze w kolejności określonej przez gremia partyjne, a nie w kolejności ustalonej losowo.
Aleksander Janik
Kraków 13.09.2007
Więcejo systemie wyborczym lub powrót do spisu treści
Ordynacja Wuborcza nie powina być zmieniana tuż przed kolejnymi wyborami do Sejmu. Wprowadzane w po¶piechu zmiany s± zazwyczaj niedostatecznie przemy¶lane i dlatego apelujemy już teraz do posłów wszystkich partii politycznych o bezzwłoczne przyst±pienie do pracy nad uchwaleniem przez Sejm Ordynacji Wyborczej, której celem byłoby:
Z podanych powodów Ordynacja Wyborcza powinna opierać się na dwóch podstawowych zasadach:
Komisje Wyborcze powinny być zatem zobowiązane przez Ordynację Wyborczą do zliczania:
Głosowanie w tym systemie pozwoli uzyskać rzetelną i pełną informację o stosunku wyborców do poszczególnych posłów, partii politycznych oraz sposobu sprawowania przez nich władzy. Zgodnie z dotychczasową Ordynacją Wyborczą głosy oddane w sposób opisany w p. 2 i 3 zliczane były razem jako głosy nieważne.
Uważamy, że osoby skazane prawomocnymi wyrokami włącznie z wyrokami z zawieszeniem wykonania kary powinny tracić automatycznie prawa wyborcze na okres czasu określony w wyroku.
System "zbierania 5000 podpisów", na przykład przed sklepami monopolowymi, w parkach, w pubach etc. można zastąpić systemem, w którym obywatele będą uzyskiwać nominacje do kandydowania do Sejmu po dyskusjach przeprowadzanych w programach informacyjnych radia i telewizji na podstawie głosów przekazywanych telefonicznie lub e-mailem.
Głosowanie powinno być ściśle związane z wybieraniem - a nie z losowaniem - i dlatego liczba kandydatów zgłaszanych przez Komitet Wyborczy nie powinna być większa od dziesięciu.
Pragniemy zwrócić uwagę, że koszty wprowadzenia proponowanych zmian są praktycznie zerowe, a korzyści niewspółmiernie wysokie.
Wyrażamy zdecydowany sprzeciw wobec komercjalizacji kampanii wyborczych, jak również wobec reklamiarstwa, oskarżeń i kłamstw.
-->Więcej lub powrót do spisu treści.
Przez pewien czas chciałem studiować historię. Niestety - a może raczej na szczęście - w poszukiwaniu prawdy historycznej natknąłem się na wypisy z materiałów źródłowych opisujących bitwę pod Chocimiem. Według źródeł polskich wojska tureckie były dwukrotnie liczniejsze od wojsk polskich, a według źródeł tureckich było niemal dokładnie odwrotnie: to wojska polskie zdecydowanie przewyższały pod względem liczebności wojska tureckie. Moje matematyczne sumienie nie pozwalało zaakceptować tak dużych rozbieżności.
Minęły lata - i nic się nie zmieniło. Historycy w dalszym ciągu mają kłopoty z liczeniem i to nie tylko odnośnie wydarzeń tak odległych jak bitwa pod Chocimiem, ale i tych, które zaliczamy do najnowszej historii Polski. Na przykład, w czasie wojny według tezy(?!) postawionej przez Teresę Prekerową pomocy Żydom świadomie i bezpośrednio udzieliło w Polsce od 160 tys. do 360 tys. osób, a według wyliczeń Gunnara Paulssona od 280 do 360 tys. Nie mam podstaw, aby kwestionować te wyliczenia, ale bardzo chciałbym poznać dokładnie zarówno dane wyjściowe, jak i przyjętą metodę wyliczania podanych powyżej wartości liczbowych (Marcin Urynowicz: Liczenie z pamięci, TP z dnia 28 października 2007).
Tego rodzaju oceny szacunkowe mogą być całkowicie bezwartościowe. Byłoby znacznie lepiej, gdyby osoby z różnych powodów zainteresowane tym problemem miały możliwość porównania szczegółowych danych dotyczących nie tylko liczby tych wszystkich, którzy Żydom pomagali i przeżyli, ale i tych, którzy Żydom pomagali lub ich ukrywali i zapłacili za to własnym życiem, jak również i tych, którzy Żydów wydawali skazując ich tym samym na śmierć. Bez rzetelnych i wiarygodnych danych liczbowych problem ten jest poznawczo pusty. Z rozmów prowadzonych między rodzicami oraz sąsiadami pamiętam dobrze przypadek młodego chłopa, posiadającego już własną rodzinę, który za pomaganie Żydom nie został rozstrzelany, ale został zakatowany na śmierć. Ukrywający się Żydzi mogli go nie wydać, ale go wydali. O tego rodzaju przypadkach poza ogólnikami praktycznie nic nie wiemy.
Co możemy powiedzieć o czasach okupacji hitlerowskiej - nie na podstawie tego rodzaju przekazów rodzinnych - ale na podstawie kilkudziesięciu lat działalności (i pracy?) Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce? Mam podstawy, aby uważać, że bardzo niewiele. Zainteresowanych tym zagadnieniem odsyłam do "Rejestru miejsc i faktów zbrodni popełnionych przez okupanta hitlerowskiego na ziemiach polskich w latach 1939 - 1945" (wydany wspólnie przez Ministerstwo Sprawiedliwości oraz Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce w 1984 roku) oraz do artykułu "Nie zapominajmy ..." ("Wieści" z dnia 31 stycznia 1999 r.). "Rejestr miejsc i faktów zbrodni popełnionych przez okupanta hitlerowskiego na ziemiach polskich w latach 1939 - 1945" powinien być dostępny w każdej szkolnej, a przynajmniej w każdej większej bibliotece. Dlaczego zatem nie można go tam znaleźć? Rejestr ten nie był - a powinien być - co pewien okres czasu uzupełniany i wydawany najpierw przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, a następnie przez Biuro Edukacji Publicznej IPN. Czyżby znowu zawiniła "komuna", czyli wszyscy inni, a nie obie wymienione instytucje?
W głośnej przed kilku laty książce "Sąsiedzi" profesor Jan Tomasz Gross usiłował udowodnić, że Polacy-sąsiedzi w ciągu jednego dnia zamordowali z własnej inicjatywy 1600 swoich sąsiadów-Żydów. IPN przeprowadził wówczas niepotrzebne, spóźnione i kosztowne badania na temat okoliczności i przebiegu zbrodni w Jedwabnem. Z cytowanych przez Grossa dokumentów wynika bowiem jednoznacznie, że zbrodnia została dokonana pod presją Niemców i władz okupacyjnych, a w stodole zostało spalonych najwyżej 100 - 200 osób. Kto zatem zamordował pozostałych 1400 Żydów z Jedwabnego? Z całą pewnością zrobili to przyjaźnie ustosunkowani do Żydów Niemcy, którzy według Grossa w tym jednym dniu przyglądali się tylko samowoli i bezwzględności Polaków! Liczba zamordowanych jest istotna w każdym przypadku popełnienia zbrodni nie ze względów moralnych, ale przede wszystkim prawno-historycznych. Stanowi bowiem istotne i ostre kryteriom wiarygodności przedstawianych okoliczności oraz wydarzeń towarzyszących zbrodni, jak również wynikających z niej konsekwencji oraz wniosków.
Trudno mieć pretensje do Wasersztajna, że w składanych zeznaniach stara się
pogrążyć swoich prześladowców i że opisuje przebieg zdarzeń, w których sam nie
mógł i nie brał bezpośrednio udziału. Można, natomiast, mieć uzasadnione
pretensje
nie tylko do profesora Grossa, ale i do środków masowego przekazu o to, że
zeznania
Wasersztajna zostały przyjęte jako zgodne z prawdą, rzetelne i niepodważalne.
Twierdzenie Wasersztajna i Grossa, że w Jedwabnem w ciągu jednego dnia zostało
zamordowanych 1600 Żydów podważa w sposób jednoznaczny i bezdyskusyjny
precyzyjna i szczegółowa relacja Leona Dziedzica, który grzebał ofiary tego
okrutnego
mordu. Według Dziedzica: [...]
Józef Chrzanowski:
Jeżeli oddał dobrowolnie sam własną stodołę, aby ją spalić razem z Żydami, to dlaczego Niemcy mieliby mu nową budować. W moim przekonaniu Niemcy zamierzali wykorzystać Polaków do rozwiązania tak zwanej kwestii Żydowskiej. Zbrodnia w Jedwabnem była ostatnią i negatywnie przez nich ocenioną próbą nakłonienia Polaków do mordowania Żydów. Nie było zatem żadnych przygotowań do zbrodni przez sąsiadów-Polaków, których starał się doszukać Gross. Przygotowania takie mógł robić burmistrz Karolak i inni członkowie administracji okupacyjnej w miasteczku.
Jerzy Laudański: w 1941 r.
Józef Żyluk:
W książce Grossa największe wrażenie robią zdjęcia jedwabiańskich Żydów. Zwyczajni ludzie zostali zamordowani przez zwyczajnych ludzi w systemie wrogim zwyczajnym ludziom.
Przytaczam ten przypadek jako dowód, że ustalenia historyków mogą być - i często bywają - nieprawdziwe i szkodzą nie tylko ludziom, których bezpośrednio dotyczą, ale i samej historii, jako dyscyplinie naukowej. Obecnie historycy IPN popełniają identyczny błąd na znacznie większą skalę, a tym samym i znacznie bardziej szkodliwy i groźniejszy. Za wiarygodnych świadków uznają funkcjonariuszy SB czyli szantażystów, a nie ich ofiary. Dlaczego w każdym przypadku żąda się wyjaśnień nie od tych, którzy dokumenty sporządzali, ale od tych, których te dokumenty dotyczą?
Nie twierdzę wcale, że teczki sporządzone przez funkcjonariuszy SB zawierają wyłącznie nieprawdziwe i zmyślone materiały. Będę jednak uparcie twierdził, że obowiązkiem historyków jest udowodnienie, że opisane w tych materiałach fakty, wydarzenia i inne informacje są rzeczywiście prawdziwe - i do tego też tylko zakresu powinna się obecnie ograniczać praca historyków IPNu oraz IPNu jako instytucji. Tymczasem historycy IPN bardzo chętnie dokonują analiz i ocen na podstawie wypisów z dokumentów SB, a powinni się ograniczać do weryfikacji zawartych w nich faktów. Aby można było uznać fakt za udowodniony powinien być on potwierdzony przynajmniej przez dwa źródła. Nie wydaje się, aby warto było zajmować się każdą relacją "smutnego pana" o spotkaniu pana X. z opozycjonistą Y. i o zjedzonym przez nich wspólnie obiedzie!
Wystawy "Twarze bezpieki" mają zerową wartość informacyjną i kojarzą się z wiszącymi kiedyś na korytarzach różnych instytucji fotografiami przodowników pracy. Nie ma natomiast monografii ze szczegółowym opisem dokonań etatowych funkcjonariuszy SB.
Kiedy w marcu 1953 roku zmarł Stalin otrzymaliśmy szeptem przekazywany sygnał, że należy przyjść do szkoły w zielonych koszulach i czerwonych krawatach. Miało to wyglądać spontanicznie, bo obowiązywała wtedy spontaniczność przymusowa. Gdyby ktoś się wyłamał i nie chciał przestrzegać obowiązującej oficjalnie żałoby, to zostałby uznany przez całą klasę - i słusznie - za skończonego idiotę, a nie za bohatera.
Pokolenie, które teraz rządzi w Polsce chodziło wówczas do przedszkola, a co najwyżej do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Natomiast zdecydowanej większości historyków oraz pracowników IPN, jak również entuzjastów pozornej i na pokaz przeprowadzanej lustracji nie było jeszcze na świecie.
Ci sami maturzyści, którzy w 1953 roku w ZMP-owskich strojach organizacyjnych brali udział w różnego rodzaju apelach, akademiach i manifestacjach już jako studenci organizowali i uczestniczyli w wiecach oraz w manifestacjach w październiku 1956 roku. Kiedy upadło powstanie w Budapeszcie wypełniły się nimi krakowskie Aleje Trzech Wieszczy w okolicy AGH. Rozeszły się jednak pogłoski o czołgach rosyjskich i wszyscy szybko się rozpierzchli. Nikt z nas nie wiedział, komu można było, a komu nie wolno było ufać.
Kiedy czytam artykuły lub wywiady udzielane przez różnego rodzaju specjalistów od teczek, to bardzo często odnoszę wrażenie, jakbym słyszał Eskimosów opowiadających o deszczach tropikalnych lub Nigeryjczyków opisujących mrozy i burze śnieżne na Grenlandii.
Byli partyjni, którzy "byli, a jednocześnie nie byli" członkami partii. Byli też bezpartyjni, którzy w swoich działaniach byli zawsze "lojalni" i którym władza ludowa bardzo ufała. Prawie pusta teczka lub w ogóle brak teczki wcale nie jest dowodem niezłomności, bohaterstwa i cnoty. Gdyby nie było tych, którzy "byli, a zarazem nie byli członkami" partii i gdyby Służba Bezpieczeństwa była tak sprawna i godna zaufania, jak to wynika z przeświadczenia IPN, to jak w ogóle mogło dojść do strajków sierpniowych? Karierę naukową można było robić nie tylko własną pracą, ale i okazywaniem "lojalności" i dopisywaniem się do publikacji zrobionych przez innych.
Służba Bezpieczeństwa nie była zakonem Benedyktynów, a funkcjonariusze SB nie byli zakonnikami. Fetyszyzacja przez historyków IPN funkcjonariuszy SB oraz sporządzonych przez nich dokumentów jest bezzasadna i szkodliwa.
Podstawową kategorią prawną jest wyrażenie woli i wynikające z tego działania. Czynność prawna dokonana pod przymusem jest nieważna i nie powoduje skutków prawnych. Nikt z księży i przytłaczająca większość wszystkich t. w. nie kontaktowała się z własnej woli z funkcjonariuszami SB. Gdyby historycy IPN zainteresowali się przede wszystkim etatowymi funkcjonariuszami SB, zarówno tymi, którzy działali prawie jawnie (nie spotkałem nikogo, kto przyznawałby się do pracy w SB), jak i tymi, którzy rzeczywiście byli tajnymi współpracownikami, to z całą pewnością poczyniliby istotne postępy w wyjaśniania historii pięćdziesięciolecia powojennego, a robią jedynie wielkie zamieszanie niczego należycie nie wyjaśniając.
Nie można oceniać działań ludzi w okresie PRLu w odniesieniu do systemu państwa demokratycznego, ale należy odnosić wszystko do uwarunkowań i możliwości, jakie wówczas istniały. Przynależność do PZPR czy też samo podpisanie "lojalki" o niczym jeszcze nie świadczy. "Lojalek" z całą pewnością nie musieli podpisywać ci, którzy zawsze "lojalnie" płyną z unoszącą ich falą dziejów.
Historyk IPN nie może być jednocześnie prokuratorem i sędzią. Powinien pozostać historykiem i ograniczyć swoje zainteresowania wyłącznie do weryfikacji faktów i zdarzeń przyznając wszystkim uczestnikom określonego wydarzenia równe prawa: nie może faworyzować szantażowanych, czyli t.w., a przede wszystkim nie wolno mu faworyzować szantażystów, czyli etatowych funkcjonariuszy SB.
Historycy, którzy za bardzo ulegli urokowi metodologii pracy Służby Bezpieczeństwa i uznali za wiarygodne wyłącznie dokumenty SB wykazali się zbyt dużą i niebezpieczną dewiacją.
Cała działalność zarówno Instytutu Pamięci Narodowej jak Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce wymaga starannego i szczegółowego zbadania przez niezależną od partii politycznych Obywatelską Komisję Sejmową złożoną wyłącznie z obywateli bezpartyjnych. Komisja taka powinna zostać powołana przez Sejm i mieć wszelkie uprawnienia sejmowej komisji śledczej. Kandydatów mogłyby nominować kluby parlamentarne, ale w trakcie głosowań nad poszczególnymi kandydatami nie powinna obowiązywać dyscyplina partyjna.
Jeżeli zamiast weryfikowania i ujawniania zdarzeń i faktów z najnowszej historii Polski będzie kontynuowana lustracja zgodnie z dotychczasową metodologią IPN, to za pięć lat po wydaniu przez państwo miliarda złotych historycy IPN będą musieli przystąpić do lustrowania samych siebie.
Aleksander Janik
Kraków 3.11.2007
Powrót do spisu treści
Kraków 2007.12.17
Ministerstwo Sprawiedliwości
Al. Ujazdowskie 11
00 950 Warszawa
Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach za pośrednictwem radia i telewizji w dniach 13 i 14 grudnia 2007 roku uzasadniał powody wysłania swoich prokuratorów do Turcji w celu przesłuchania Ali Agcy.
Uprzejmie proszę, aby Ministerstwo Sprawiedliwości w ramach sprawowanego nadzoru nad działalnością prokuratorów podało do publicznej wiadomości odpowiedzi na następujące kluczowe pytania:
Uprzejmie proszę o zapoznanie się z załączonym materiałem
zatytułowanym
Z wyrazami poważania
Aleksander Janik
Załączniki:
Powrót do spisu treści
Kraków 2008.01.15
Szanowni Panowie
Zbigniew Ćwiąkalski
Minister Sprawiedliwości
oraz
Marek Staszak
Prokurator Krajowy
za pośrednictwem
Prokuratury Okręgowej
w Krakowie
TVP w swoich programach informacyjnych w dniu 11.01.2008 poinformowała o zamiarze wszczęcia przez Prokuraturę w Krakowie postępowania wyjaśniającego w sprawie pomówienia przez J.T. Grossa narodu polskiego w jego nowej książce "Strach". Zapowiedziano też, że pierwszym krokiem w tych działaniach będzie przeczytanie przez prokuratorów wspomnianej książki - jak można przypuszczać - w ramach obowiązków służbowych.
Proszę uprzejmie zauważyć, że naród polski jest zbiorowością, a nie ściśle określonym podmiotem prawa, natomiast J. T. Gross uważa siebie za naukowca oraz specjalistę. Za naukowca i specjalistę uważany jest również przez środki masowego przekazu.
Naukowcom przysługuje prawo do swobodnego wyrażania swoich poglądów i opinii pod warunkiem, że są one zgodne z faktami. Udowodnienie tego, czy i w jakim stopniu wypowiadane w książkach J. T. Grossa poglądy i opinie są zgodne z prawdą należy do obowiązków przede wszystkim Instytutu Pamięci Narodowej jako spadkobiercy i kontynuatora działalności Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, jak również do innych instytucji naukowych zajmujących się najnowszą historią Polski oraz pracujących w tych instytucjach historyków.
Będę bardzo zobowiązany Panu Ministrowi, Panu Prokuratorowi Krajowemu oraz Prokuraturze w Krakowie za zwrócenie uwagi Instytutowi Pamięci Narodowej, jak również i instytucjom naukowym zajmującym się badaniami najnowszej historii Polski o obowiązku publicznego ustosunkowania się do treści zawartych w książkach J. T. Grossa zgodnie z zasadami i zwyczajami obowiązującymi we wszystkich dyscyplinach naukowych.
Osobiście
doceniam wysiłki Grossa zmierzające do ujawniania faktów i
zdarzeń z najnowszej historii Polski, ale ujawnianie zbrodni i
związanych z nimi dokumentów nie upoważnia nikogo - w tym
również J. T. Grossa - aby przedstawiać te zdarzenia niezgodnie z
prawdą. W działaniach tych J.T. Gross powinien być powstrzymany
na gruncie profesjonalnym, a nie prawnym. J. T. Gross powinien
przede wszystkim wyjaśnić, na jakiej podstawie
przyznał sam sobie prawo do dowolnej interpretacji faktów oraz
danych źródłowych. Na przykład, na str. 116 "Sąsiadów"
J. T. Gross cytuje: "W meldunku spod okupacji sowieckiej wysłanym
8 grudnia 1939 roku syn generała Januszajtisa pisał do Londynu:
Jako obywatel chciałbym, aby Prokuratura zajmowała się bardziej przyziemnymi i dotyczącymi tysięcy obywateli nieprawidłowościami oraz naruszeniami prawa, zamiast zajmować się kosztownymi, ale medianie atrakcyjnymi działaniami wyjaśniającymi, na przykład w sprawie J. T. Grossa, Ali Agcy czy b. posłanki Beger (ile kosztowały i co dały przesłuchania około czterech tysięcy świadków?!).
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wszyscy członkowie spółdzielni mieszkaniowych w Polsce (a są ich setki tysięcy) z zadowoleniem przyjęliby wiadomość o zamiarze przebadania przez Prokuraturę zgodności z prawem zasad naliczania opłat eksploatacyjnych przez spółdzielnie mieszkaniowe. Wystarczy, aby Prokuratura przebadała kilka spółdzielni i odpowiedziała na proste, ale istotne pytania:
Prawo na służbie sprawiedliwości i uczciwości jest prawem, sprawiedliwość na służbie prawa jest bezprawiem.
Z wyrazami poważania
Aleksander Janik
Powrót do spisu treści
Przeszłości nie trzeba przywoływać, przeszłość sama powraca
W całym ubiegłym stuleciu w różnych okresach czasu w większym lub mniejszym stopniu cierpiała cała cywilna ludność Europy.
Niewinni ludzie byli zmuszani do uczieczki, byli wypędzani, prześladowani, upokarzani, bici, torturowani, mordowani i rozstrzeliwani,
Aby cierpienia, które jedni ludzie zadawali innym ludziom z powodu innego obywatelstwa, narodowości, religii czy też przekonań politycznych, nie mogły się powtórzyć w przyszłości nie tylko Niemcy, ale i cała Europa powinna poznać całą i wielostronną prawdę o swojej najnowszej przeszłości. Prawda o uciekających przed działaniami wojennymi, o wypędzanych i o wysiedlanych jest bardzo ważną, ale jest tylko częścią tej prawdy.
Europa potrzebuje prawdy i pamięci również o tych, którzy byli brutalnie prześladowani, mordowani i rozstrzeliwani. W tym też celu wszystkie kraje Europy łącznie z Niemcami powinny powołać Muzeum Najnowszej Historii Europy.
Działalność badawcza Muzeum powinna być ograniczona wyłącznie do rzetelnego gromadzenia oraz weryfikowania faktów i zdarzeń brutalnego naruszenia praw i godności jednych ludzi przez innych ludzi na terenie całej Europy.
Muzeum nie może uprawiać propagandy historyczno-polityczno-patriotycznej i dlatego nie powinno wykonywać opracowań, analiz ani też ocen, które zawsze są subiektywne, Powinno, natomiast, udostępniać wszystkie zgromadzone i rzetelnie zweryfikowane materiały wszystkim zainteresowanym, a szczególnie uczniom i młodzieży we wszystkich krajach Europy.
Wszyscy wypędzani, przesiedlani, prześladowani, rozstrzeliwani, torturowani i mordowani, jak również ci, których domy podpalano lub burzono mają prawo domagać się prawdy oraz pamięci.
Aleksander Janik
Kraków 1.02.2008
Więcej o poszukiwaniu prawdy w najnowszej historii lub powrót do spisu treści